|
Zaplanowana już była od początku roku szkolnego. Nie lada przedsięwzięcie, droga daleka, koszt duży, chodzi jednak o nasze dzieci z domu dziecka, a dla nich ks. Maciej nie żałuje nigdy serca, czasu i pieniędzy.
Przygotowań było dużo. Najpierw ustalenie trasy, zdobywanie fundatorów. Dzieci od paru miesięcy też się przygotowywały: poznawały historię miast, do których mieliśmy dotrzeć, poznawały życie i działalność Patronki swego domu, błogosławionej Urszuli, w Petersburgu i w Merentähti. Były na te tematy prelekcje, potem konkurs wiedzy, dla starszych dziewcząt trudniejszy, dla młodszych łatwiejszy. Trzeba było zasłużyć na wyjazd nie tylko wygraniem konkursu i dobrymi ocenami w szkole, ale także pracą nad swoim charakterem. Ze strony sióstr spora robota z wyrobieniem paszportów dla każdej dziewczynki, wszystko musiało być w porozumieniu z rodzicami dzieci lub opiekunami prawnymi. Tą dziedziną i konkursem zajmowała się siostra Bożena Szalczyńska. Wreszcie naszedł dzień wyjazdu - poniedziałek 10 czerwca 2002 r. W niedzielę wieczorem (9.06.) przyjechał sprowadzony aż z Zakopanego piękny autokar, do którego załadowało się mnóstwo jedzenia, picia i wszelkich potrzebnych przedmiotów, aby rano już wcześnie wyjechać. W autokarze dwóch panów kierowców. Rano najpierw Msza św. w naszej kaplicy z udziałem wszystkich podróżników - pielgrzymów. O godz. 800 - wyjazd, oczywiście najpierw do Pniew, aby tam przy grobie matki Urszuli rozpocząć podróż jej śladami. Dzieci były w wieku od 8 do 20 lat, razem 39. Sióstr 5 + 2: s. Bożena Szalczyńska - organizatorka, s. Lidia Kmieciak - od śpiewów i gitary, s. Monika Ostaszewska - pielęgniarka i aprowizatorka, s. Małgorzata Knuth i s. Anna Papierz - wychowawczynie młodszych grup; opisująca wyprawę s. Panis Michalczuk i s. Elżbieta Kubiak z Pniew - siostra ks. Macieja. Oprócz ks. Macieja Kubiaka, proboszcza z Otorowa, był i drugi ksiądz, także przyjaciel naszych dzieci, ks. Janusz Śmigiel. Pierwszy etap podróży jeszcze w Polsce - nocleg w Augustowie u naszych sióstr. Kolacja w domu nad jeziorem i zachwyt dzieci: jaki piękny dom - cały drewniany. Część wycieczki nocowała też w domu przy ul. Konopnickiej. Siostry bardzo serdecznie nas w obu domach przyjęły. Na drugi dzień o 6 rano Msza św. - oczywiście wszyscy uczestniczą - śniadanie i wyjazd. Czekają nas dziś trzy granice, aby na noc dotrzeć do Tallina w Estonii. Dzieci, zwłaszcza te najmłodsze, mało się interesowały widokami na zewnątrz, miały ze sobą różne dziecięce szarady i krzyżówki i tym były zajęte. Autokar tymczasem jechał i jechał przez piękne lasy, pola uprawiane albo nie. Tereny Litwy bardzo urozmaicone, pagórkowate, zalesione, nie widać zwartych wsi, tylko porozrzucane zagrody co kilkadziesiąt metrów, otoczone polami i lasami. Mimo woli przypominają się strofy Adama Mickiewicza: Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie, ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił... W pobliżu Kowna przejeżdżamy Niemen, dalej robimy sobie postój i popas i znów w drogę, i aż samo się ciśnie do głowy: Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych... Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem..." Łotwa - dużo biedniejsze domy, maleńkie, przykurczone do ziemi. Przez miasta raczej nie przejeżdżamy, bo drogi tranzytowe (bardzo rozmaitej jakości!) przez miasta nie prowadzą. Jeszcze jedna granica, łotewsko-estońska. Trochę inny świat i inne drogi. Godzina 22, 23, a na dworze ciągle jasno. Czas tu inny, o godzinę późniejszy, ale i o godz. 24 też zupełnie jasno, więc nawet nie tak trudno znaleźć w Tallinie ulicę z naszym hotelem, gdzie mamy zarezerwowane miejsca. Lokujemy się w hotelu, idzie to dość sprawnie, ale jednak dobrze po pierwszej w nocy wreszcie śpimy. Rano 12 czerwca - już trzeciego dnia podróży - po śniadaniu o godz. 815 wyruszamy do portu, mając godzinę do odpłynięcia promu. A tu autokar krąży po mieście, to tu, to tam, widać morze, a portu wciąż nie ma. Miasto duże, rozległe, język nieznany, informacje rozmaite, aż wreszcie po 45 minutach docieramy do portu. Księża biegną, aby się czegoś dowiedzieć. Wielkie, kilkupiętrowe promy stoją, widać nawet, którędy wjeżdżają w nie autokary, ale rozpytywanie długo trwa, a tymczasem o godz. 915 (1015) widzimy, jak chyba nasz prom odpływa. Na szczęście jest szansa odpłynąć jeszcze dziś razem z autokarem, ale za cztery godziny, o 1445. Dobrze, że ks. Janusz ma telefon komórkowy - zawiadamiamy siostry w Helsinkach o spóźnieniu i o naszej godzinie przyjazdu. A my zaglądamy tymczasem do jakiejś cerkwi, gdzie za połowę ceny sprzedają nam rosyjskojęzyczni sprzedawcy kartki z ikonami, w parku nad morzem rozlokowujemy się, aby zjeść obiad, oczywiście jadący z nami w autokarze: chleb, bułki, kawa herbata, napoje zimne, kiełbasa, wędliny. Siostry i starsze dziewczęta wszystko sprawiedliwie rozdzielają, jemy na stojąco i trochę zmoczeni deszczem wsiadamy do autokaru, aby teraz być już dużo wcześniej w porcie. Tu znowu przejście graniczne i maszerowanie na prom, zajmujemy miejsca siedzące w dużym pomieszczeniu, rodzaju sali, i odpływamy. Podróż trwa półtorej godziny, morze - Zatoka Fińska - gładkie jak jeziorko w pogodny dzień. Po godzinie widać już wybrzeże Finlandii, skaliste wysepki wprowadzają nas do portu w Helsinkach. Finowie wypuszczają nas na ląd, jest już i nasz autokar. Ale nie ma sióstr, które miały się z nami spotkać. Znowu telefon komórkowy w robocie. Pojechały do innego portu, bo jest ich tu aż pięć. Jedziemy do domu sióstr, a tu chociaż godz. 17 z minutami, niesamowity tłok na ulicach blisko kościoła św. Henryka i mieszkania sióstr. Okazuje się, że dziś właśnie są "urodziny" Helsinek i w parku naprzeciwko wielka impreza. Dzieci miały jeszcze siłę po obiado-kolacji jechać do wesołego miasteczka, co im ks. Maciej obiecał, i dopiero około 22 ich czasu był wyjazd do odległego o 18 km ośrodka letniskowego z małymi domkami. Tam jeszcze Msza św. około godz. 23, już tyko dla "duchowieństwa", mała kolacja i spać. Nawet po 24 zdążyło się już trochę ściemnić. 13 czerwca - po śniadaniu otrzymujemy miłą panią, Polkę mieszkającą w Finlandii, za przewodnika i zwiedzamy Helsinki. Oglądamy nadzwyczajny kościół, katedrę luterańską zbudowaną w wysadzonym specjalnie na ten cel wnętrzu kolorowej skały - jak w grocie - przykrytej płaską kopułą o żelbetowej konstrukcji z małymi, wąskimi okienkami u jej nasady. Bardzo to oryginalna architektura - w środku miasta taka skała. Jest ich tu zresztą dużo i całe Helsinki są położone na takich i między takimi skałami. W porcie oglądamy wielkie i ciężkie lodołamacze. Jemy smaczny obiad u naszych sióstr, które zrobiły wszystko, aby nas mile i dobrze ugościć, chociaż w Helsinkach już wakacje: została tylko s. Renata Głucha i dojechała s. Małgorzata Grześkowiak z Jyväskylä... a potem w drogę. Tym razem wzdłuż wybrzeża Zatoki Fińskiej w stronę Sankt Petersburga. Tereny ładne, pagórkowate, skaliste, dużo pięknych lasów i jezior. Msza św. ma być w Merentähti... ale jak je znaleźć? Najpierw granica fińsko-rosyjska. Wychodzimy z autokaru, przechodzimy przez wszystkie przejścia graniczne - stania ze dwie godziny, ale Rosja wpuszcza - jedziemy. W Wyborgu szukamy drogi tuż przy morzu, tylko wtedy trafimy na miejsce, gdzie jest las sosnowy, plaża i morze pełne wielkich kamieni razem z tym, na którym stała kiedyś Gwiazda Morza i był duży drewniany dom. Właściwie pierwszy dom naszego Zgromadzenia. Wiemy, że tego domu już nie ma. Przypominamy sobie, że matka Urszula wysiadała z pociągu z Petersburga na stacji kolejowej Terioki i dalej jechała konnym wozem. Czasem, dla skrócenia drogi, przez zamarznięte jezioro. Była opodal wieś Sortavala - ale i ta ma teraz inną nazwę, i Teriok nie widać, chociaż jakaś linia kolejowa jest.  Zatrzymujemy się w końcu przy jakichś domach, przy nich las sosnowy, plaża, kamienie, może to tu, może nie. Na dużym kamieniu księża rozkładają korporał - może to na nim stała biała figura Matki Bożej - może nie, obok mniejszy kamień, na nim wyryty krzyżyk, pomalowany na niebiesko. Może to tu siadywała Matka i rozmawiała ze swoją - naszą Gwiazdą Morza... Jest godz. 21, wiatr od morza wieje, świeczkę trzeba trzymać i osłaniać, bo Pan Jezus zaraz stanie między nami w małej, białej Hostii. Siostry i dzieci otoczyły kręgiem miejsce. Msza św. trwa... Morze też jakby w jej słowa zasłuchane, takie cichutkie, żadnych fal nie widać. Coś jemy i dalej w drogę... Godz. 22, wiemy, że stąd przynajmniej dwie godziny jazdy pociągiem do Petersburga, więc autokarem podobnie. Jest oczywiście ciągle jasno. Newskij Prospekt nietrudno znaleźć, bo to główna ulica Sankt Petersburga, plan miasta mamy. Św. Katarzynę rozpoznajemy bezbłędnie. Jest punktualnie 12 w nocy. Miasto żyje, ludzie chodzą, samochody jeżdżą, na placu przed kościołem św. Katarzyny stragany z malowanymi na bieżąco widokami miasta i portretami. Właśnie jeden z nich młoda dziewczyna rysuje dla kogoś węglem. W Polsce, co prawda, jest dopiero godz. 22, ale tu 24. Znajdujemy panią Jadwigę Szymańską, która zawozi nas na nocleg do internatu dla niewidomych dzieci. Po drodze podziwiamy miasto pełne szerokich ulic, wspaniałych, pięknie oświetlonych pałaców i mostów, dwie odnogi Newy i mnóstwo kanałów, trochę cerkwi i wszędzie pełno wielkich reklam. Ciągle jest jasno, bo to lato i dalekie strony północnej półkuli świata. Docieramy do naszego internatu, lokujemy się, zjadamy czekającą na nas kolację. Warunki higieniczne - lepiej nie pisać. Po prostu wszędzie coś zepsute. Biedne niewidome dzieci, które tu są na stałe, ale teraz już mają wakacje. Około drugiej w nocy zrobiło się jednak dość ciemno, ale o trzeciej już znowu zaczęło się rozjaśniać. Jedzenie z całą pieczołowitością przygotowane, ale takie inne niż w Otorowie. Dzieci połowę zostawiają. Na śniadanie gorące bliny, kasza gryczana... Buraczki z czosnkiem lub ryba smażona w śmietanie na kolację. Co szkodzi spróbować tego, co tu jedzą? Na drugi dzień od rana jedziemy oczywiście do Św. Katarzyny. W jednej z wyremontowanych kaplic uczestniczymy tam w Mszy św., odprawianej przez naszych księży. Kościół zbudowany w XVIII wieku przez i dla pracujących tu katolików z różnych krajów zachodniej Europy, których car chętnie tu sprowadzał, aby budowali to olbrzymie miasto rosyjskie, symbol zwrotu Rosji ku zachodniej kulturze. W czasach komunizmu kościół był nieczynny, a kiedy zaczęto go odnawiać, niestety, uległ pożarowi i głównie przez obfitość lanej przez strażaków wody został bardzo zniszczony. Odbudowę i konserwację zaczęła prowadzić Polka, ale nie dokończyła prac - zmarła. Teraz mieszkają przy nim dwaj ojcowie dominikanie, odnowa idzie powoli, bo wciąż brak na to pieniędzy. Odnowiona została jako tako zakrystia, prezbiterium i jedna z kaplic. Msze święte są odprawiane w niedziele w różnych językach. Pani Szymańska mieszka przy tym kościele w zabudowaniach dawnej szkoły i internatu dla dziewcząt. To właśnie tu, przy tym kościele, był ośrodek działania stowarzyszenia Polaków, prowadzącego szkoły i internaty dla polskich chłopców (po prawej stronie kościoła) i polskich dziewcząt (po lewej stronie kościoła). Tu właśnie w roku 1907 została zaproszona przez ks. Budkiewicza i dotarła do pracy w internacie polskich dziewcząt nasza Matka Założycielka. Do wnętrza dawnego internatu i szkoły wejść nie można - mieszkają tam różne rodziny, są też różne instytucje, włącznie z warsztatem naprawczym samochodów. Surowe mury, okna bez żadnych balkonów, nawet drzew tu nie ma w pobliżu. Nic dziwnego, że matka Urszula dość szybko po przyjeździe do tej stolicy carów i rozpoczęciu tam pracy zaczęła się rozglądać za jakimś ustronnym i zdrowszym miejscem na lato, tak dla sióstr, które z nią przyjechały lub tam wstępowały w konspiracji, jak i dla uczennic. I znalazła takie ustronie koło wsi Sortavala nad Zatoką Fińską, w należącej wówczas do okupowanej przez cara Finlandii (dziś to jest po stronie rosyjskiej), zakupiła tam dom, który następnie rozbudowała, i nazwała to miejsce Merentähti - Gwiazda Morza. Po Mszy św. zwiedziliśmy pod przewodnictwem p. Szymańskiej Sankt Petersburg - miasto zbudowane na rozkaz cara Piotra I na bagnach i na... kościach ludzkich, bo pracowało tam 70 tysięcy jeńców szwedzkich, wziętych po wygranej wojnie ze Szwedami, i dużo więcej niewolników własnych - Rosjan, pracujących za bardzo niską zapłatę. Musiała to być rzeczywiście gigantyczna praca wielu tysięcy ludzi, aby zbudować tak wspaniałe pałace, mosty, postawić tyle pomników i łuków triumfalnych, nie mówiąc już o wspaniałych cerkwiach, z których jedną, zamienioną do dziś na muzeum, mogliśmy za drogą opłatą zobaczyć. Byliśmy także w Ermitażu, wprawdzie tylko dwie godziny, to o wiele za mało, by zobaczyć choć połowę z 3 000 000 eksponatów, które się tu znajdują. I tak widzieliśmy sporo, głownie obrazów najwspanialszych mistrzów włoskich, hiszpańskich, flamandzkich, holenderskich i francuskich. Cóż to za majątek - takie obrazy! A sam Pałac Zimowy - Luwr i Watykan stanęły w pamięci. Trzeba zaznaczyć, że wstęp do Ermitażu jest bardzo drogi, ale dzięki dobroci pracowników muzeum zostaliśmy wpuszczeni za darmo. Podobno jest w Petersburgu pięć kościołów katolickich, cerkwi dużo, dużo więcej, ale są i meczety, i wiele innych świątyń różnych religii i wyznań. Miasto na wyspach, poprzecinanych rzeką Newą Dużą i Małą oraz kanałami o 500 mostach. Dużo zabytkowych miejsc i pałaców było pokrytych rusztowaniami, bo to przygotowania i renowacje przed obchodami 300-lecia istnienia miasta w 2003 r. Do niedawna mieszkało tu 5 000 000 ludzi, po pieriestrojce jest ich tylko 4 000 000 - więcej zgonów teraz niż urodzin. Na jednej z odnóg Newy stoi jeszcze symbol i początek wielkiej rewolucji październikowej, okręt wojenny Aurora, z którego dano sygnał rozpoczęcia rewolucji. Gdy się patrzy na bogactwo tego miasta i budujących go kolejnych carów, a wspomni pejzaż dalszych części kraju, z małymi, nędznymi domkami "czernoraboczich", to nawet się człowiek nie dziwi, że tu właśnie wybuchła rewolucja komunistyczna.  Drugiego dnia znowu była Msza św. u Św. Katarzyny. Ustawiłyśmy pod ambonką przy ołtarzu portret Matki i tak jakoś bardziej jeszcze przeżyłyśmy jej bliskość i obecność tam, w tym miejscu, gdzie tyle lat pracowała. Trzeciego dnia rano znowu Msza św. u Św. Katarzyny w prezbiterium kościoła. Była to niedziela 16 czerwca. Potem śniadanie i w drogę. Tym razem przez rdzenną Rosję, aż do granicy łotewskiej. Przestrzenie nieprzebyte lasów i łąk, niewiele uprawianych pól, a może nie było ich widać, bo przy drogach tranzytowych po obu stronach pas drzew i krzewów, zasłaniający dalszy widok. I znowu w pamięci nasi rodacy, zsyłani do tego kraju po każdym powstaniu, przemierzający te przestrzenie w bydlęcych wagonach i często pieszo, i to nie w lecie, przy słońcu, tylko w zimie, w mrozie i śniegu, i jeszcze dużo, dużo dalej na wschód... Do przejścia granicznego jedna droga, zaznaczone - tyle po rosyjsku zrozumieliśmy - że płatna. Myśleliśmy, że to będzie co najmniej autostrada, a tu stoi na środku drogi ciężarówka i jej szofer pobiera 700 rubli - nie byle co! A droga - pewnie dopiero na jej zrobienie pobierają opłatę. Dojeżdżamy do granicy. Przedtem zatrzymanie na tzw. parkingu, ale trzeba było gdzieś coś zjeść, z naszych zapasów oczywiście. Przy granicy pusto, tylko my, ale dalej "nielzia". Trzeba czekać na jakiegoś ważnego, który jedynie może nas z Rosji wypuścić. Wciąż czekamy. Zjawił się po godzinie. Dużo pytań i formalności, o których już nie warto pisać, włącznie z wysiadaniem i przechodzeniem każdego ze swoim bagażem przez "prześwietlenie" i dokładną rewizją zawartości autokaru - naszego jedzenia na drogę. Po czterech godzinach stania i zapłaceniu kary 500 rubli z powodu dwudniowego zatrzymania się w Petersburgu nareszcie nas puszczono. Była już prawie godz. 21, a tu jeszcze kawałek Łotwy i granica z Litwą, aby dotrzeć do Wilna. Na tej granicy już tylko pies wilczur sprawdzał swoim czułym nosem, czy nie mamy narkotyków, i wreszcie Litwa. Drogi już inne, oznakowane bardzo porządnie i w ogóle Europa! Około godziny pierwszej ich czasu (naszego o 24) docieramy do Wilna. Tu już nie ma białych nocy, więc dość długo szukamy naszego hotelu, krążąc po mieście i pytając na stacjach benzynowych - otwartych i już zupełnie europejskich - o drogę do naszego hotelu. Lokujemy się w hotelu sportowym, tam już można po polsku. Jak u siebie. Od rana - już 17 czerwca - zwiedzamy Wilno z przewodnikiem, Polakiem tam mieszkającym, zakochanym w Wilnie i w Polsce. Pokazuje cmentarz na Rossie, kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu - perłę włoskiej sztukaterii, znany mi tylko z ilustracji w książkach. Dalej kościół dominikanów - odnowiony, w nim obraz Miłosierdzia Bożego, to ten namalowany przez Kazimierowskiego, a zamówiony przez św. Faustynę na polecenie Pana Jezusa. Odmawiamy tam koronkę do Miłosierdzia Bożego...  Przed południem zajeżdżamy na plac od tyłu Ostrej Bramy. Ludzi nie ma wielu, więc po długich schodach wędrujemy prosto do kaplicy w bramie, prosto do stóp Matki Bożej. Ta bliskość fizyczna tuż przy ołtarzu ma jeszcze wymiar duchowy. Poczuliśmy się wszyscy jakby u Jej stóp, prawie pod Jej złocistym płaszczem, a już na pewno pod Jej przenikliwym wzrokiem Matki Miłosierdzia. Ta bliskość uderzyła nas wszystkich... Częstochowska - tak jedyna i niepowtarzalna w swym wyrazie zamyślonej i macierzyńskiej twarzy. W Ostrej Bramie - przecież ta sama, jakby zadziwiona nad Tym, którego w sobie nosi, złożywszy ręce na piersiach patrzy w dół, na Owoc żywota - na nas?... Jakaś jakby jeszcze bliższa, jeszcze cieplejsza w swej złocistej szacie, Matka miłosierdzia. Jak wiele przecierpiała razem z tym miastem i jego mieszkańcami! Jest w niej coś niepowtarzalnego i jedynego, coś tak bardzo bliskiego... Widzieliśmy jeszcze katedrę wileńską, odbudowaną po częstych niszczeniach, z kaplicą i ciałem św. Kazimierza Królewicza, rożne miejsca, gdzie zatrzymywał się Adam Mickiewicz... Tam napisy w języku polskim i litewskim, bo w każdym innym miejscu tylko po litewsku. Kościół franciszkański, gdzie była jakaś fabryka, już trochę uprzątnięty, ale straszliwie zniszczony. Przed wyjazdem, ostatniego dnia, wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do domu, w którym mieszkała jakiś czas św. Faustyna, i gdzie objawił jej Pan Jezus swoje Miłosierdzie. Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia już tam nie ma, ale jest dom dziecka dla dzieci polskich i litewskich, ładnie utrzymany. Jest tam kilka drewnianych domów i jeden z nich to właśnie część klasztoru, w którym mieszkała św. Faustyna. Domek utrzymany ładnie, czysto, zamieniony na muzeum, bardzo zadbane, a na zewnątrz tablice z napisem po polsku i po litewsku, informujące o tym, kto tam mieszkał. 18 czerwca rano pożegnaliśmy pięknie położone na wzgórzach, pełne zieleni i różnych zakątków Wilno i po Mszy św. u Matki Bożej Ostrobramskiej ruszyliśmy w drogę do Otorowa. Granica litewsko-polska była już tylko 15-minutową formalnością, tyle że zaraz za nią zaczął się niezwykły upał, i tak było aż do Otorowa, do którego dotarliśmy o pierwszej w nocy, zmęczeni, ale szczęśliwi, że dane nam było to wszystko zobaczyć i przeżyć.
s. Panis Michalczuk
Ototrowo
|