|
Jak się tutaj czujemy i jak nam się powodzi? Od strony fizycznej i psychicznej czujemy się dobrze. Z łatwością przyzwyczajamy się do filipińskich potraw, codziennie jemy ryż (ale nie 5 razy dziennie jak Filipińczycy), a dwa lub trzy razy na tydzień mamy ryby. Kupujemy je na rynku... Niedzielę rezerwujemy, aby przygotować sobie talerz makaronu po włosku (pasta asciutta). Jeśli mamy okazję, chętnie próbujemy potraw typowo filipińskich i nawet nam one smakują. 
Od czasu do czasu robimy zakupy w MAKRO. Jedziemy tam razem z siostrami szpitalnymi i korzystamy z ich karty wstępu i samochodu. Któregoś dnia do ich małego pulmino weszło: 7 sióstr, lodówka, składany stół i 4 taboreciki, a na dodatek obfite zakupy nasze i ich. Natomiast owoce kupujemy na licznych straganach, które znajdują się wzdłuż głównych dróg. Owoców możemy jeść do woli: banany, mango, ananasy, papaje itp. Nie mamy więc problemów związanych z żywieniem. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z wartości miejscowego pieniądza: pesety (1 $ = 50,20 peset), ale staramy się radzić innych sióstr. Zakupy, które musiałyśmy zrobić, dotyczyły różnych rzeczy: od garnków po lodówkę, od drobiazgów do kuchni po środki czystości itp. Dom utrzymujemy z niewielką ilością sprzętów, które zastałyśmy: łóżka, fotele, stare firanki (wszystko jest stare, ale nadające się do użytku na teraz). Musiałyśmy kupić lodówkę, taborety i naprawić stół, przy którym jemy. Nie jest dla nas problemem brak wielu wygód, ale kiedy dom już będzie naszą własnością, wtedy zatroszczymy się o wygląd bardziej godny, choć ubogi. Teraz jest pora deszczowa i naprawdę pada bardzo często i mocno, z podmuchami silne-go wiatru, ale ta pogoda, na szczęście, nie prowadzi do przeziębień czy innych chorób. Jest bardzo duża wilgotność, tak że obuwie i torby w szafach po kilku dniach znajdujemy pokryte pleśnią, dlatego też staramy się wszystko przechowywać na zewnątrz i dużo wietrzyć... Wy-daje mi się, że ta wilgoć jeszcze nie wpływa negatywnie na stan naszych kości, ale o tym nie chcę mówić zbyt głośno! Kiedy przestaje padać i wychodzi słońce, jest bardzo gorąco i czło-wiek kąpie się we własnym pocie... Jednym słowem, prawie ciągle jest się mokrym. Kiedy widzę, jak ludzie żyją w barakach z kawałków blachy i plastiku - w tym deszczu i silnych tajfunach - nie umiem sobie wytłumaczyć, jak można tak żyć i mimo wszystko trwać. My więc, na ich tle, jesteśmy paniami! Podczas deszczu tworzą się na ulicach wartkie strumienie i dzieci są szczęśliwe, że mogą się w nich bawić, wrzucają do nich kawałki papieru, które woda porywa, a one biegną szczę-śliwe za nimi, aby je złapać i zacząć zabawę od nowa. Inne dzieci biegają radosne po ulicy, podrzucając do góry kawałki plastiku z przyczepionym na sznurkach drewienkiem... własny-mi rękami zrobiły mały spadochron i są szczęśliwe, że mogą go podrzucać do góry. Dom, w którym mieszkamy, jest bardzo sympatyczny, inny od obszernych domów zgromadzeń, które są blisko nas; jest bardzo rodzinny i przypomina wyglądem stare domy górskie. Znajduje się na tyłach baraków biedoty. Dzięki temu usytuowaniu dniem i nocą sły-szymy odgłosy ich życia: głosy i płacz dzieci, dyskusje mężczyzn, głosy kobiet... przeróżne zapachy, od jedzenia po inne... Do późnego wieczora (czasem i całą noc) słychać, jak grają w bilard... Warczą silniki dżipów (samochodów terenowych) i motocykli (trisicol), przejeżdża-jących pod naszymi oknami, słyszymy szczekanie psów, koguty, zaczynające piać o czwartej nad ranem (tutaj koguty są używane do zabawy - do walki z innymi kogutami; każda rodzina ma swojego koguta). W nocy odbywają się także koncerty żab: niezliczonych ilości żab i ropuch. W pobliżu nas widać tłumy, wędrujące w tę i z powrotem, dzieci idące do szkoły w charakterystycznym mundurku lub bawiące się na ulicy; zbieranie ananasów na polach i środki lokomocji miej-skiej... bezustanny ruch. Z drugiej strony graniczymy z wysokim murem posesji sióstr szpitalnych, z którymi na-wiązałyśmy przyjazny, siostrzany kontakt. Usytuowanie nasze pozwala mi zrozumieć, że to miejsce jest odpowiednie dla nas i że nasza Założycielka chciałaby dla nas tej bliskości z ludźmi biednymi i prostymi i aby nasze życie było świadectwem prostoty, ubóstwa, z uwzględnieniem godności ludzkiej. Musimy być dla ludzi prostych i wśród nich, a równocześnie być znakiem tej rzeczywistości, której świat oczekuje i pragnie, aby wzrastać, podnosić się, dążyć do czegoś więcej i lepiej... Naszym kalectwem jest język: tutaj ludzie biedni ledwie rozumieją angielski, zwłaszcza ten bełkotany przez nas. O mówieniu językiem tagalo lepiej nie wspominać, ograniczamy się do uśmiechu, pozdrowienia krótkimi zdaniami po angielsku i obserwowania pytającego wzroku ludzi, którzy nam odpowiadają na pozdrowienie. Dzieci są przesympatyczne, teraz są wobec nas bardziej ośmielone, uśmiechają się, wołają nas z daleka po imieniu i kiedy tylko mogą, proszą o błogosławieństwo. Wciąż jesteśmy dalekie od zrozumienia mentalności tutejszych ludzi, szczególnie jeżeli porównujemy ją z naszą mentalnością zachodnią. Wydaje mi się, że chcąc zrozumieć Filipińczyków i powoli zacząć kształtować plan działania, odpowiadający zapotrzebowaniom, a nam pozwalający pracować zgodnie z naszym chary-zmatem, najważniejsze dla nas obecnie jest: przyglądać się i słuchać, co inni mówią o swoim doświadczeniu drogi przebytej z tymi ludźmi. Obecnie uczymy się angielskiego z członkinią ruchu fokolarinów (niedaleko nas znajduje się ich Mariapoli), która przychodzi trzy razy w tygodniu na dwie godziny. Przyjeżdża do naszego domu charakterystycznym motocyklem (triscol). Poświęcamy wiele czasu na uczenie się języka indywidualnie. Staramy się też nawiązać kontakt z innymi osobami mówiącymi po angielsku. Codziennie uczestniczymy po angielsku w liturgii i w nieszporach u sióstr szpital-nych. Wieczorami wspólnie odmawiamy po angielsku różaniec w intencji powołań. Siostra Rosa Nita maksymalnie wykorzystuje siły i czas, aby nauczyć się języka szybko i dobrze, ja to robię wolniej, ale ufam, że w krótkim czasie uda się osiągnąć dobre wyniki. Dużo nam pomagają siostry z innych zgromadzeń, poświęcają nam czas, użyczają środki transportu, zawożą do różnych miejsc, gdzie mamy pilne sprawy do załatwienia, pomagają w formalnościach związanych z opłatami za światło, za telefon itp., towarzyszą podczas zała-twiania w biurach naszego pobytu i statusu prawnego. My im możemy dać bardzo mało, ale zaofiarowałyśmy pomoc, kiedy mają więcej pracy, np. kiedy w domu przyjmują grupy reko-lekcyjne - pomagamy w zrobieniu porządków, przygotowaniu pokoi. Podczas załatwiania trudniejszych spraw (np. w banku czy przy większych zakupach) jesteśmy też wspierane przez rektora seminarium PIME, o. Sergio Fossatiego, znajomego z Como, z parafii św. Au-gustyna. Ten ojciec najpierw pracował w Mindanao (jedna z południowych wysp Filipin), obecnie jest rektorem seminarium tu, w Tagaytay. Pomagają nam także ojcowie franciszkanie konwentualni, szczególnie o. Stefano, który jest w Manili i od czasu do czasu tu przyjeżdża. Obecnie interesuje się naszym włączeniem w SEC. Naszymi pozwoleniami na pobyt, jako misjonarek, zajmuje się s. Carmen ze zgromadzenia sióstr augustynianek. Zachody z tym związane są długie i drogie, jest dużo biurokracji, ale robi się, co tylko możliwe. Naprawdę zależymy we wszystkim od innych, którzy nam pomagają. Na szczęście mamy już w domu telefon! Mówią, że miałyśmy szczęście, że udało się w tak krótkim czasie to załatwić, ponieważ tu wszystko załatwia się bardzo powoli. Jest to zasługa także s. Arlene ze zgromadzenia sióstr szpitalnych, która kilka razy interweniowała, nawet podnosząc głos. Twierdzi, że tutaj trzeba tak robić, chcąc cokolwiek uzyskać. Także siostry brygidki przyjęły nas bardzo dobrze, interesują się nami i wciąż dopytują, czy czegoś nam nie potrzeba. Zaprosiły nas na swoje święto razem z ich dobroczyńcami. Inna siostra ze zgromadzenia sióstr miłosierdzia, s. Francesca, Włoszka, stara się o włączenie nas do Konferencji Przełożonych Wyższych na Filipinach. Wszędzie jest wiele druków do wypełnienia, wiele próśb do napisania i dużo do zapłacenia. Dokumenty bez końca, a jeżeli jednego brakuje, nie można iść naprzód, itd. Musimy pójść także do ambasady włoskiej i brazylijskiej. Mamy nadzieję, że o. Stefano nas zawiezie w odpowiednim czasie. Wszystkie te starania zajmują nam dużo czasu i energii. Tu trzeba się nauczyć mieć czas. Dzień zorganizowałyśmy w następujący sposób (oczywiście w przybliżeniu, ponieważ często są zmiany z dnia na dzień): wstajemy o godz. 5.30; o godz. 6.00 Msza św. u francisz-kanów (w niedzielę o 7.00), a w poniedziałek o godz. 6.00 u sióstr miłosierdzia; potem medy-tacja, jutrznia i śniadanie. Od godz. 8.00 lub 8.30 do 10.30-11.00 język angielski. Potem ro-bimy porządki w domu lub wychodzimy załatwiać różne sprawy, zakupy. O 12.30-13.00 je-my obiad. Jeśli to możliwe, trochę odpoczywamy i znów podejmujemy te prace, których nie zrobiłyśmy przed południem. O 18.00 odmawiamy nieszpory w kaplicy sióstr szpitalnych (lub w domu, gdy nie możemy tam pójść), potem przygotowujemy kolację. Po kolacji oglą-damy telewizję (nudna i jeszcze dla nas niezrozumiała, ale to pomaga ćwiczyć się w języku angielskim). O godz. 20.30-21.00 w naszym kąciku przeznaczonym na modlitwę odmawiamy po angielsku różaniec. Potem idziemy spać. Także mały ogródek, zaniedbany od kilku lat, wymaga pracy, aby go utrzymać w po-rządku, ale nie mamy narzędzi i dlatego trudno nam cokolwiek w nim zrobić. Teraz zaprowa-dzają w ogródku porządek dwa małe psy: wykopują rośliny, kopią dziury, nawożą... Czekamy na ostateczny wynik starań związanych z prawami własności, zanim zaczniemy decydować o jakichś zmianach w domu czy remontach. Wszyscy nam mówią, że mamy nadzwyczajne szczęście, mając tak szybko dom tu, w Tagaytay, gdzie wszystko jest drogie i bardzo trudne do znalezienia. Jesteśmy uprzywilejo-wane także pod względem obecnych opłat za wynajem, ponieważ płacimy połowę tego, co płaciłyśmy za poprzednie mieszkanie, o wiele mniejsze, a w dodatku zalewane nawet przy najmniejszym deszczu. Kilka dni temu spotkałyśmy się z adwokatem, który podjął się zała-twiania formalności, dotyczących przepisania prawa własności, i za trzy miesiące będziemy wiedziały, czy papiery nam przedstawione są oryginalne i czy wszystko jest na dobrej drodze. Wydaje nam się, że wskazane byłoby mieć stały punkt oparcia w Tagaytay, gdzie są duże możliwości ewentualnych studiów, kursów, a także ze względu na powietrze, lepsze pod względem zdrowotnym. W następnym okresie dobrze by było podjąć pracę na jakiejś innej wyspie. Ale to wszystko jest do zobaczenia w późniejszym czasie i jeszcze nie wiadomo, kie-dy ten "czas" nadejdzie. We wrześniu odbędzie się na Filipinach, w Tagaytay, pierwsze sympozjum misjonarzy z Italii. Zostałyśmy na nie zaproszone. Będę w nim uczestniczyła i wydaje mi się, że to będzie dobra okazja, aby lepiej poznać tutejszą rzeczywistość kościelną i misyjną. Tematem sympo-zjum jest: "Kościół włoski i Kościół filipiński w dialogu". Dowiadujemy się także, na jakie niespodzianki i trudności jest się narażonym, kiedy przychodzą nowe powołania... pod jakimi są one wpływami społecznymi i rodzinnymi, które nimi kierują i zmuszają do pewnych wyborów. Jesteśmy nastawione sceptycznie w stosunku do młodych dziewcząt, które proszą o wstąpienie, często pod wpływem innych motywacji niż właściwych powołaniu zakonnemu. Ale to wszystko zawierzamy Bogu. Jesteśmy przekonane, że On pokieruje wszystkim w najlepszy dla nas sposób. Ileż razy wzywam na pomoc bł. Urszulę, która uczy, aby z radością przyjmować wolę Bożą, rozpoznawać ją w znakach czasu. Proszę ją, aby nas prowadziła po drogach Bożych i abyśmy były dyspozycyjne nie dla naszych celów, ale dla Jego Królestwa. Na ścianie, przy wejściu do domu, wisi obraz Założycielki i za każdym razem, kiedy mój wzrok na nią pada, zwracam się do niej z modlitwą. W naszym kąciku przeznaczonym na modlitwę umieściłyśmy także Relikwie Założycielki. To nas zobowiązuje także do modlitwy do niej i do pewności, że ona jest tu z nami, i jest bardziej niż kiedykolwiek. Ona, która od najmłodszych lat pragnęła być misjonarką, teraz jest tu i cieszę się, że wstawia się u Serca Jezusowego za nami. Jestem też szczęśliwa, że dzięki naszej obecności możemy dać ją poznać innym. Jaka szkoda, że mamy tylko folderki w języku angielskim, a potrzebowałybyśmy też in-nych rzeczy... minie wiele czasu, zanim nauczymy się tłumaczyć! Mam nadzieję, że otrzy-mamy obrazki w języku angielskim, przygotowywane na kanonizację. U mnie teraz pojęcie misyjności nabiera innego znaczenia niż dotąd: to nie są te czy inne działania dla nich samych, ale duch, który się wkłada, aby być wiernym Bogu i człowiekowi, naszemu bratu, w życiu codziennym. Daje mi to pewność, że nawet te nasze pierwsze wysiłki na obcej ziemi, doświadczenie trudności, poczucie bycia zagubionymi i bezradnymi, staranie, aby zrozumieć i uszanować inny sposób życia, wchodząc niemal na palcach w to inne życie, nie jak ktoś, kto rozdaje dobro, coś lepszego, ale jak ten, kto służy jako narzędzie Dobra - wszystko to może być misją. Zrozumieć, przyjąć i przeżywać codzienne wydarzenia z pogodą ducha i radością, bez pretensji ani pochopnego osądzania, bez wymuszania i narzucania. I powoli wychodzić ludziom naprzeciw, jak ten, kto raczej się uczy, nawet od najbiedniejszych (ale też pytanie, kim są prawdziwie biedni!). Dla mnie jest to świat do odkrycia, do przyjęcia i do kochania... reszta przyjdzie jako konsekwencja. Dziś powtarzamy sobie tak: "cierpliwości, cierpliwości, dajmy czas czasowi". Modlimy się i pragniemy być otoczone modlitwą, którą zanoszą w tej intencji wszystkie nasze siostry i przyjaciele. Co jeszcze powiedzieć? Jasne, że życie wyrażone w słowach traci wiele na wartości. To, co przeżywamy, jest doświadczeniem, które wciąż stawia nas przed pytaniami, zmusza do wdzięczności, napełnia serca lękiem, a czasem nas przeraża i pozwala czuć się niepotrzebny-mi..., ale jest to rzeczywistość, którą przyjmujemy, ponieważ Bóg nam ją objawił poprzez pragnienie przełożonych, a my chcemy być wiernymi córkami bł. Urszuli i urszulankami Ser-ca Jezusa Konającego. Dziękujemy za wyrozumiałość, dodanie otuchy, pomoc duchową i materialną. Ślemy serdeczne pozdrowienia wszystkim współsiostrom.
s. Margherita
S. Margherita napisała, co przeżywamy i czego doświadczamy. Nasze serca muszą się otworzyć, aby tę rzeczywistość kochać coraz bardziej - nie na naszą miarę, ale na miarę Serca Jezusowego. Pozdrawiam.
s. Rosa Nita
|